Emigranci

 
Emigracja na początku XXw.

Jak wspomniałem na podstronie Przed laty, ciężkie położenie materialne mieszkańców Galicji wpływało na podejmowanie przez naszych przodków bardzo ryzykownych decyzji, np. takich jak porzucenie rodzinnych stron i wyjazd w poszukiwaniu szczęścia daleko od własnego kraju. Dla ludzi którzy całe swoje życie spędzili w maleńkiej galicyjskiej wsi, wśród swoich, wyjazd „za wielką wodę” wiązał się z nie lada wyzwaniem. Kiedy spróbujemy sobie wyobrazić w jakich realiach przyszło im dokonywać życiowych wyborów musimy przyznać, że były to bardzo odważne decyzje. Rozstanie z rodziną, sprzedaż majątku, brak znajomości języka, niepewność co do swojej przyszłości, podróż w spartańskich warunkach to tylko niektóre z zagrożeń jakie czyhały na śmiałków. Na miejscu na naszych przodków oczekiwało mnóstwo kolejnych barier. Przede wszystkim szok kulturowy, mnogość nacji, ruch i gwar milionowych miast, odmienność religijna, rywalizacja poszczególnych narodowości itp. Obecnie mówiąc o Wałkach nie możemy ograniczać się jedynie do lokalnej społeczności i najbliższej okolicy. Emigranci wyznaczyli nowe horyzonty i poprzez swoją działalność odmienili koleje losu niejednej rodziny. Zatem zobaczmy jak to było.

Myśląc o pierwszych emigrantach próbujemy wyobrazić sobie w jaki sposób przebiegał cały proces emigracji. Spróbujmy zatem prześledzić typowy wyjazd za granicę.

statua_mZwykle zaczynało się od tego, że do wioski docierał tzw. agent, czyli najczęściej przedstawiciel przewoźnika morskiego, który zachwalał korzyści wynikające z wyjazdu do „ziemi obiecanej”. Często na poparcie swoich słów potencjalnym emigrantom przedstawiał ulotki w których opisywano „prawdziwe historie” tych którym sie udało. Agenci roztaczali wizje kraju mlekiem i miodem płynącego, gdzie wszystkie dotychczasowe troski znikają i zaczyna się nowe, lepsze życie. Osoby, które zdecydowały się na wyjazd spisywały tzw. kontrakt i od tej chwili rozpoczynała się wielka przygoda. Szczęśliwcy często zapożyczali się lub wyprzedawali cały swój majątek aby zdobyć pieniądze na zakup biletu czyli popularnie zwanej „szifkarty”. Ten drugi przypadek najczęściej miał miejsce w sytuacji gdy wyjeżdżała cała rodzina. Od tego momentu właściwie nie było już odwrotu. W umówiony dzień podróżni zbierali się na dworcu kolejowym gdzie agenci w niewybredny sposób poganiając ludzi „organizowali” załadunek. Sytuację taką opisał „Głos Rzeszowski” z dnia 18  marca 1900 roku:

„Agent poniewiera ludzi, klnie głośno tak, że kilku z obecnych na dworcu chciało na miejscu dać mu wyraźną admonicyę. Przy boku agenta było 2 stójkowych nie było natomiast nikogo kto by stawał w obronie znieważonych wychodźców. Wielu z wychodźców w ostatniej chwili przed wsiadaniem do pociągu energicznie zażądało wydania im w ręce kontraktów i agent wydać je musiał.”

Przytoczony fragment opisywał wyjazd za zarobkiem do Prus, ale domniemywać można, że podobnie wyglądało to w przypadku wyjazdu za ocean.

Kolejnym etapem podróży był Kraków. Tutaj następowała chwilowa przerwa w podróży. Przesiedleńcy oczekiwali dzień, czy dwa na zebranie całej grupy mieszkając w noclegowniach.

Później kolejna podróż pociągiem do portu którym najczęściej były Hamburg, Brema, Antwerpia. W tych miastach działały największe kampanie morskie organizujące rejsy. W portach każda z kampanii dysponowała ogromnymi halami, gdzie podróżni w ścisku i zamieszaniu oczekiwali na czas odpłynięcia. W tym czasie poddawani byli drobiazgowej kontroli lekarskiej.

Po wejściu na pokład, a właściwie pod pokład jako, że zdecydowana większość ubogich emigrantów korzystała z najtańszej oferty III klasy, rozpoczynała się gehenna podróży. Tłok, brak należytych warunków higienicznych, często nieświeża żywność były przyczyną powstawania i rozprzestrzeniania się chorób. Wielu z przesiedleńców nie doczekało więc upragnionej chwili zejścia na ląd i zwyczajem morskim znajdowało swój wieczny spoczynek w otchłaniach oceanu.

Ellis_Island_in_1905_mPo dopłynięciu do wybrzeży Stanów Zjednoczonych statek oczekiwał na redzie. W przypadku Nowego Jorku miejscem docelowym było Ellis Island, mała wyspa na której mieścił się główny urząd emigracyjny. Przeciętna liczba pasażerów przewijających się w ciągu jednego dnia przez Ellis Island zawierała się w granicach 2000-4000 osób. Zdarzało się jednak i tak, że do nadbrzeża przybijało na raz zbyt wiele statków. Kronikarze odnotowali fakt, że w dniu 27 marca 1907 padł rekord, kiedy to 16050 pasażerów w ciągu 24 godzin przewinęło się przez budynek emigracyjny. W takiej sytuacji pasażerowie musieli oczekiwać na pokładzie swoich statków nawet kila dni. Często dochodziło do  przypadków śmiertelnych wśród dzieci, które umierały z powodu wychłodzenia podczas przedłużającego się transportu promowego ze statku na wyspę.

Kontrola przybywających zaczynała się jeszcze na okręcie do którego przybijał mniejszy statek parowy z urzędnikami emigracyjnymi i policjantami, dokonującymi odprawy celnej oraz poszukującymi niepożądanych osób np. przestępców. Od tego momentu, aż do opuszczenia wyspy Ellis Island podróżni nosili na szyi lub przypinali do ubrania specjalną kartę identyfikacyjną  Karta ta zawierała numer pasażera zgodny z listą przekazywaną przez obsługę statku. Następnie w mniejszych grupach emigranci przewożeni byli na wyspę, gdzie pomostem przechodzili do wielkiej hali w której oczekiwali na kolejną kontrolę m. in. lekarską.  Tutaj następowała szybka weryfikacja stanu zdrowia pasażerów. Lekarze dokonywali tzw. „sześciosekundowych diagnoz”, podczas których niejednokrotnie decydował się dalszy los imigranta. Jeżeli lekarz podejrzewał u badanego występowanie jakichkolwiek problemów zdrowotnych, kredą stawiał w okolicy ramienia odpowiedni znak np.: „C” – zapalenie spojówek, „CT” – jaglica, „H”- problemy z sercem, „K” – przepuklina, „L” – kalectwo, „FT” – schorzenia nóg, „PG” – kobieta w ciąży itp. Szczególnie bolesnym badaniem była kontrola oczu dokonywana za pomocą metalowej łyżki do butów, którą lekarz odchylał powieki sprawdzając czy imigrant nie jest chory na jaglicę, bardzo zaraźliwą chorobę rozpowszechniona w tamtych czasach w południowo-wschodniej Europie. Chorych wysyłano do szpitala lub do stacji kwarantanny na wyspie Staten Island, a następnie deportowano.  W tym momencie często dochodziło do dramatów ludzkich. Rozdzielano członków rodzin, którzy niejednokrotnie widzieli się już po raz ostatni w życiu.

Po zakończonej kontroli lekarskiej rozpoczynała się kolejna weryfikacja. Imigranci przechodzili grupami ok. 30 osób zgodnie z zapisem w tzw. manifeście okrętowym na rozmowę z inspektorem.  Rozmowa dotyczyła informacji zawartych w w/w manifeście okrętowym, którego część została wypełniona jeszcze w porcie początkowym przed udaniem się w rejs. Urzędników amerykańskich interesowało głównie to czy imigranci mają odpowiednią kwotę na przeżycie, u kogo się zatrzymają i czy będą podejmować pracę. Prawidłowa odpowiedź na ostatnie pytanie była zawsze wielką loterią. Deklarując chęć zarobkowania można było się narazić na zarzut łamania prawa zakazującego obcym podejmowania pracy, z kolei stwierdzenie, że jest się bezrobotnym mogło spowodować, iż urzędnik odmówił zezwolenia argumentując, że bezrobotny będzie kolejnym ciężarem dla systemu finansowego państwa.  Do roku 1909 urzędnik miał dużą swobodę w ocenie ile pieniędzy wystarczy na przeżycie po zejściu na ląd. Później ustanowiono limit 25$ na osobę.

Zapiski urzędników pomimo upływu wielu lat zachowały sie po dzień dzisiejszy i dzięki temu można doszukać się wiele interesujących informacji o naszych przodkach.

Pozytywne przejście rozmowy z urzędnikiem imigracyjnym pozwalało na przejście w kierunku „schodów rozdzielenia”. Nazwa doskonale oddawała sens operacji jak zachodziła w tym miejscu. Tutaj w zależności od celu podróży ludzie przechodzili na prawo w kierunku punktu wymiany walut i kolejowych kas biletowych skąd udawali się do innych miast w Ameryce, lub na lewo w kierunku przystani pozwalającej skąd mogli przepłynąć do Nowego Jorku. Dla pozostałych pechowców pozostały schody po środku, które prowadziły do sali tymczasowo zatrzymanych. Stąd trafiali do szpitala jeżeli ich stan dawał nadzieję na szybkie wyleczenie i możliwe było wyegzekwowanie pieniędzy od kampanii przewozowej która ich przetransportowała do Ameryki. Pozostali oczekiwali na statek powrotny jako osoby o statucie deportowanych. Cały proces trwał przeważnie 3 do 5  godzin, ale w przypadku choroby zdarzało się, że rodziny oczekiwały na bliskich kilka dni, tydzień, a czasem nawet miesiąc  cały czas przebywając na terenie głównej hali. Jeżeli na chwilę przeniesiemy się wyobraźnią w to miejsce, to poczujemy dramatyzm całej sytuacji. Waśnie tu,  imigranci tworzący do tej pory rodzinę przechodzili niby tymi samymi schodami obok siebie, ale jednak rozdzieleni balustradą. Mogła to być ich ostatnia wspólna chwila w życiu spędzona razem.

Wśród oczekujących na deportację niejednokrotnie dochodziło do samobójstw. Jak łatwo się domyśleć desperaci najzwyczajniej nie mieli już, do czego powrócić, wyjeżdżając pozbywali się całego majątku, a niejednokrotnie się zadłużali. W całej historii Ellis Island udokumentowano ponad 3000 samobójstw.

Tym, którzy pomyślnie przeszli wszelkie formalności, dane było przekroczenie drzwi oddzielających dotychczasowe życie od życia na obczyźnie. Teraz mogli już poczuć się wolni. Jednak ta długo oczekiwana wolność często miała posmak gorzki. Ale to już temat na inną historię.

 Posted by at 20:17